fbpx

Dobrowoj

E-book

Jeśli preferujesz czytać opowiadanie na swoim czytniku, to zapraszam do pobrania plików e-book => Pobierz

Bies

Dobrowoj zerwał się od ogniska.

— Ja go zgładzę! — Wyszarpnął dzidę wbitą w ziemię. — O nic więcej nie musicie się obawiać.

Zapanowała cisza. Dwudziestu współtowarzyszy nie odezwało się. Spuścili wzrok. Jedynie mag sięgnął do woreczka i sypnął ziół w płomienie. Gryzący dym wdarł się w nozdrza. Natychmiastowe działanie wyzwoliło demony. Wypełzły z ogniska, kołysząc się w rytm wiatru, wijąc się wraz z podmuchami i pełznąc po ziemi.

Pierwszy pojawił się Leszy. Postać lasu. Ogonem pociągłym jak witki brzozowe strzelił w powietrzu. Dłońmi suchymi, a długimi niczym gałązki choinki, podrapał się po brodzie sięgającej pasa i przypominającej suchą trawę. Powiało. Wszyscy poczuli zapach szyszek pokrytych świeżą żywicą.

Drugi wylazł Dobrochoczy. O grzywie upodabniającej go do groźnego lwa, nogami grubymi niby korzenie dębu tupnął ciężko, a sierścią, gęstą jak krzaki jeżyn, zaszeleścił. Lecz on dobrym duchem lasu był, co to podróżnych pokieruje do celu, a skrzywdzonym pomoże. Bujną czupryną załopotał, uderzając zebranych po ogorzałych licach.

W końcu ukazał się ten, na którego czekali. Niczym dziki zwierz jako trzeci wyskoczył wielki Bies. Ryknął wrzaskiem potężnym, zwalając z nóg pięciu dzielnych wojowników. Pospadali z kłody, jak siedzieli, prosto na plecy. I już tak zostali. Nie wiadomo, czy to efekt działania ziół szamana, a może słodu zmieszanego z ziołami.

Bies potężnymi rogami machnął w lewo, machnął w prawo i stanął na dwóch łapach. Szponami przeszył powietrze, czym pozbawił przytomności kolejną piątkę.

Dobrowoj jednak nie uląkł się dręczyciela. Otrząsnął się z widów urojonych, mocno ścisnął swą włócznię i poszedł skrajem boru. Spieszył ścieżką przez środek łąki i podążał ku przeznaczeniu nad brzeg jeziora. Tam, w choinkowym zagajniku, usłyszał chrapanie zwierza, którego plan miał ubić.

Wpierw smród poczuł odpychający, od czego żółć podeszła mu do gardła. Dłoń na drzewcu zadrżała. Jeszcze dziesięć kroków dzieliło go od leża Biesa. Już go widział w pełnej krasie. Spał. Jak miech kowala przy tym sapał.

Na pięć kroków zbliżył się Dobrowoj i stanął. Wzdrygnął się i skupił myśli na zwierzu dwa razy większym niż żubr.

Podniósł oręż.

Zamachnął się.

Rzucił, ale tak niefortunnie, że nastąpił przy tym na gałąź. Ta z trzaskiem pękła. Wielkie rogi Biesa poruszyły się. Łeb natychmiast uniósł. To uratowało ciemiężcy życie. Dzida odbiła się od poroża i u kopyt upadła. Nastąpił na nią bysior przednimi łapami i przełamał jedyną broń Dobrowoja.

Ślepia bestii krwią nabiegły. Furię swą skierował na wojownika. Z głębi trzewi ryknął tak potężnie, że zerwały się wszystkie perkozy z pobliskich trzcin. Ruszył z impetem, kark pochylił i szarżować począł na oślep. Dobrowoj o piędź⁠1 uskoczył. Przetoczył się w przewrocie i zaczął uciekać, ile tylko mocy w nogach.

Bies głowę podniósł i z głośnym parsknięciem niezadowolenia pognał za wojownikiem. Drogę sobie torował prostą, podczas gdy Dobrowoj kluczyć musiał, to w lewo, to w prawo, między gałęziami i pod konarami. Trzask łamanych badyli już słyszał za sobą, kiedy nagle las skończył się i ukazała się połyskująca w blasku księżyca tafla jeziora.

Do ocalenia jeszcze metry mu zostały, gdy przez bok przeszył go piekący piorun bólu. Potężna siła wyrzuciła woja ze dwa metry w powietrze i z pluskiem, głową w dół, wleciał do wody ciężko niczym kamień. Ciemność go otoczyła. Oddech chciał złapać, ale tylko gryząca woda wdarła się do płuc. Myśli uciekły i zapadła ciemność.

Rusałka

Dobrowoja obudziło palenie w boku. Uchylił powieki i nie wiedział, czy to sen, czy jawa. Siedziało przy nim dziewczę. Duże, kasztanowe oczy kontrastowały z jasnymi włosami opadającymi na nagie piersi. Skóra szkliła się w świetle nocy. Gwiazdki tańczyły na mokrych pośladkach.

Dobrowoj chciał zerwać się i uciekać, lecz ból był silniejszy.

— Nie lękaj się, nic ci nie zrobię — śpiewnie odezwała się niewiasta.

— Nie boję się ciebie! Wiem, kim jesteś — skrzywił się. — Jesteś rusałką, lecz ja nie ulegnę twym urokom.

A trza wam wiedzieć, że rusałki w okolicach Jeziora Lucień rozpanoszyły się ostatnimi laty przeokropnie. Wielu już mężczyzn wyszło ze swej chaty na ryby i nie powróciło. Sami dorośli to byli. A te żeńskie kusicielki tylko na dorodnych chłopów mają chrapkę. A taki to żadnej babie nie przepuści i z powodu swej jurności na zgubę najbardziej narażony.

— Gdybym chciała twojej zatraty, to już dawno pływałbyś w tataroku niczym kacze dziecię.

— Zapewne niecny plan twój. Stanę ja mu przeciw.

Rusałka sięgnęła do misy i wyjęła mech ociekający wodą. Przetarła zroszone czoło Dobrowoja, co wyraźną ulgę mu przyniosło. Odłożyła zielny okład i podała wojowi kubek. Tylko te rzeczy stały na stoliku obok posłania. Reszta chaty skleconej z gałęzi, trzciny i grubo uszczelnionej mchem była równie skromna. Na środku znajdowało się palenisko z zawieszonym nad nim kociołkiem. Pod ścianą szafa z różnymi sagankami i gliniakami, a obok niej masywny kufer. 

— Plan mam i ty będziesz jego sprawcą — spokojnie powiedziała rusałka.

— Nigdy! — Z legowiska zaczął gramolić się niczym dziecko. — Nie dam ci mej duszy. Nie będę jak inni adoratorem twym. Twe zakusy obojętne mi są.

— Zachowaj siły na później. — Delikatnie przytrzymała go, kładąc rękę na ramieniu. — Odpocznij teraz.

Pochyliła się nad Dobrowojem tak, że jej piersi to ostatni obraz, jaki widział nasz dzielny woj. Nie wiadomo było, czy to ze zmęczenia, czy rozmarzenia tym cudnym widokiem usnął. 

Dobrowoj spał długo. Dokładnie nie wiadomo ile, lecz minął taki czas, że rany zabliźniły się i wigor wrócił. Wtedy obudził się. 

— Gdzie jest moja włócznia? — to jego pierwsze słowa były.

Skierował je do rusałki, która cały czas go doglądała. Dzień był słoneczny, lecz wietrzny, a pomimo to niewiasta cały czas była naga. Dobrowoj wzrok spuścił, a rumieniec na lico jego wystąpił.

— Zdecydowałeś się zabić potwora? — Podeszła do niego bliżej, wcale nagością nieskrępowana. — Gdy wpadłeś do wody, nie miałeś przy sobie nic, prócz małego nożyka. Tym nie zabijesz nawet wilka. — Wskazała na niewielkich rozmiarów pochwę z wystającym jelcem. —  Mam dla ciebie coś odpowiedniego. Chodź.

Dobrowoj ciężko wstał. Zachwiał się na nogach. Zerknął na rusałkę, a zauważywszy jej śmiałe spojrzenie, natychmiast wyprostował się, robiąc przy tym groźną minę.

— Na nic się nie zdecydowałem. Daj mi spokój. 

Zatrzymała się.

— Nie pozostawiasz mi wyboru. — Odwróciła się, zrobiła trzy kroki w jego kierunku i cicho powiedziała. — W wiosce mieszka cała twoja rodzina. Mniej na nich wzgląd. Twój starszy brat to już mężczyzna. Przystojny. I za dziewczętami się ogląda. O pokusę u niego łatwo.

To mówiąc, odrzuciła jasne włosy do tyłu, ukazując swoje różowiutkie krągłości. Dobrowojowi aż mowę odjęło. Nie mogąc wydobyć słowa, wybiegł z trzcinowej chaty wprost na brzeg jeziora.

Wskoczył w spienione fale. Prychał przy tym z zimna, ale brnął dalej, by dać nurka, gdy woda piersi jego sięgała.

Gdy oprzytomniał, wyszedł. Dygotał cały, lecz nie miał zamiaru skorzystać z ciepłego schronienia chatki. Dopiero rusałka wyjrzała i zakrzyknęła do niego.

— Chodź, skryj się przed chłodem.

Nie usłuchał.

Wyszła więc ona.

— Jesteś już dorosłym młodzieńcem. Czyż nie wiedziałeś, że świat jest bezlitosny? Nie jestem okrutniejsza od was, ludzi. Wstań, dam ci coś. Potrzebujesz tego do walki.

Podniósł się, wcale nie patrząc na nią. Ze spuszczoną głową wszedł do chaty.

Kiedy wyszedł ponownie, nie był już tym dawnym młodzikiem wymachującym drewnianą włócznią i małym kordzikiem. Dobrowoj prezentował się męsko, uzbrojenie jego było wyśmienite, tarcza gruba i szeroka o wzmocnionych brzegach. Na głowie hełm odporny. U pasa miecz w skórzanej pochwie o klindze lśniącej niczym promienie poranka. W jednym ręku trzymał topór wielgaśnych rozmiarów, którego oprawa w liczne magiczne wzory była rzeźbiona. W drugim dzierżył włócznię wysoką ponad niego. Z grotem na łokieć długim i kutym na szpiclu w czworokątne ostrze, zakończone skrzydełkami. Nie to, co patyk, z jakim poprzednio porwał się na Biesa.

Skąd taka oręż u rusałki, Dobrowoj nie pytał. Nosił jeszcze urazę do niej za ten szantaż na jego familii najbliższej. Nie odzywał się słowem, zauroczony nowym wyposażeniem. Takiego to nie posiadał nawet najdzielniejszy z wojowników w jego osadzie.

Walka z Biesem

Taki ekwipunek dodał Dobrowojowi animuszu. Ruszył bez zastanowienia, a nawet z początku wesoło pogwizdywał. Zapomniał o szantażu rusałki, nastającej na jego najbliższych i o jej ostatnich słowach ostrzegających go przed jakimś Wiedźminem, zabijaką potworów. Zapomniał o strachu przed bestią do zgładzenia.

Leże Biesa znajdowało się u ujścia jeziora, na terenie podmokłym. Nogi Dobrowoja zapadały się po kostki w tym grzęzawisku. Mech falował po każdym kroku. Smród rozkładu drażnił nozdrza, a wieczorna mgła lepiła się do ciała. Jasny księżyc dawał tyle światła, by nie wpaść w bagniste pułapki.

Nad głową zahukała sowa, aż woj obrócił się gwałtownie. To tylko odgłosy puszczy, co w nocy ożywa, a człek wyobraża sobie niestworzone dziwy. Strach dopiero przyjdzie, gdy leśny potwór zbudzi się, nim zostanie ubity.

Kryjówkę drapieżnika znalazł po zapachu i dobywającym się stamtąd chrapaniu, co to bliższe charczeniu niźli tradycyjnym dziadkowym odgłosom. Legowisko było głęboko schowane przed wzrokiem w gęstej plątaninie chaszczy i narzuconych liści. Nie ułatwiało to niepostrzeżonego podejścia, ale wprawa naszego woja nieskromne mówiąc, nieprzeciętną była.

Sowa ponownie wydała głuchy głos, a żaby zakumkały. Dobrowoj zbliżył się na kilka kroków do potwora. Już widział jego rogi. Zarys jego grzywy, ledwo widoczny pośród gałęzi, musiał wystarczyć jako cel. Jednakże bestia czujny sen musiała mieć. Nagle prychnęła i łeb wielki zadarła.

Ledwo co zbudziwszy się, Bies zwęszył cudzą woń. Poderwał się i ponownie prychnął. Dobrowoj wpierw znieruchomiał. Serce w jego piersi ścisnął strach. Lecz nie było czasu na bojaźń. Poderwał włócznię i pewnie przymierzył. Siłę całą włożył w zamach i rzucił tak, że musiał na kolano przyklęknąć, żeby nie zwalić się z nóg.

Zwierz najwyraźniej ranion zaryczał, budząc postrach na drugim brzegu jeziora. Żaby umilkły, a sowa nie odezwała się więcej. Jednak cios nie okazał się śmiertelny. Niczym jurny byk w zagrodzie, wielki Bies w szale dzikim rozniósł rogami całe okrycie leżą.

Dobrowoj nie czekał na szarżę okaleczonej bestii. Pierwej dobył miecza, by od razu uskoczyć przed wielkim porożem atakującym go frontalnie. Woltę przy tym wywinął i z rozmachem ciął Biesa przed żebra. Krew trysnęła i ryk potężny po tafli echem poszedł.

Wojownik widział teraz zwierza w całej okazałości. Stał w świetle księżyca, jeden bok zalany juchą lejącą się z rozłupanych płatów skóry. Nad tym wystające drzewce włóczni, głęboko wbite w cielsko. Prychał i charczał, a oczy przekrwione lśniły w blasku nocy.

Ponowił szarżę na Dobrowoja, który przezornie pobiegł ku wielkiemu dębowi, by nie zostać rozniesiony na gęstych rogach. Na otwartym terenie nie miał szans żadnych i bezpośredniego starcia musiał unikać. Tymczasem Bies nie taki głupi, by biegać wokoło. Poderwał się na tylne łapy i pazurami atak wznowił.

Na to liczył woj. Tarczą zasłonił się przed szponami, które spadły na niego z góry. Mieczem wywinął wysoko, skórę tnąc lekko. Jednakowoż mięso miękkie było, ale po kościach żeber ostrze ześlizgnęło się, nie czyniąc dźgnięcia zabójczym. Trysnęła krew czerwienią wokoło. W tym samym momencie drugą łapą machnął Bies, gdy jeszcze tarczy nie zdążył Dobrowoj podnieść.

Ból przeszył jego lewe ramię. Aż po twarzy przeszły szpony. I tylko osłabienie bestii, spowodowane ranami, uratowało wojownika. Kolejny cios nie nadszedł, mimo że Dobrowoj wypuścił z uchwytu tarczę. Ta spadła ciężko na ziemię i tak pozostała.

Bestia zachwiała się, cofnęła kilka kroków i opadła na cztery łapy. Jednak konać nie zamierzała. Zachrypiała srodze i atak ponowić zamiarowała, co niechybnie zmusiło woja do szybkiej reakcji. Otarł krew z twarzy, co widzieć na lewe oko mu przeszkadzała. Chyżo uskoczył za drzewo, bo tętent zbliżał się ku niemu tęgi.

Drapieżnik nie miał już tej szybkości i obrażenia widocznie mu we znaki dawały się, co zamierzał wykorzystać Dobrowoj. Bies do stuletniego dębu przywarł porożem i jął wyczekiwać na przeciwnika. Ten raz z jednej strony mieczem o poroże trzasnął, raz z drugiej, lecz krzywdy żadnej to bestii wyrządzić nie dało rady.

Zwierzęca furia wzięła górę. Bies poderwał szpony do ataku i przeszedł w pozycję stojącą. To dało szansę wojowi, bo cały bełcun odsłoniony został. Dobrowoj doskoczył zza konara i miecz pod sam jelec w bebechy wraził. Bestia ryknęła śmiertelnie, ostatkiem życia trzasnęła wojownika szponami po zbrojonym napierśniku i skonała.

Pierwej cisza nastała, lecz po chwili żaby zakumkały. Potem sowa zahukała. Później wiatr zawiał i trzciny zaszurały. Tylko księżyc błyszczał w cichości.

Guślarz

We wsi dzień wstawał słoneczny. Kur piał na pobudkę. Kot miauknął sennie i otarł się o nogę gospodarza. Nie dane mu było mleka pochłeptać, bo oto rwetes wdarł się w ten sobotni poranek. Sołtys zdążył kamizelkę tylko odziać i wybiegł przed chałupę.

Czterech młodzików targało coś ciężkiego.

— Ola boga, cóżże wy ciągacie? — zakrzyknął do nich, gdy już sam zobaczył, że to trupa niosą.

— Ojczulku, to Dobrowoj jest! — wysapał pierwszy. — Do guślarza go niesiem, bo on jakby nieżywy, ale ociupinę dycha.

— Całkiem krwi mu bestia upuściła — dodał drugi.

— Jaka bestia? Na trygława, co wy gadacie? — Sołtys potruchtał za nimi. — A wy pewni, że to Dobrowoj? Przecie on był zaginął onegdaj.

— No jak nie on, jak on. Tylko odziany jakoś inaczej. — Trzeci, zasapany już zdrowo, dodał — Miecz i tarcze my musieli zostawić w lesie, bo takie ciężkie żelastwo było.

Podreptał ten pochód przez środek wsi, co z około dwadzieścia zagród liczyła. Wokoło niskie płotki opasywały obejścia. Wszystkie chałupy w kolorze błękitnym, a to po to, żeby złe licho przepędzić, a przy okazji kury nie dziobały wapna. Dopiero na skraju osady skręcili w stronę lasu, gdzie na uboczu mieściła się chatka skryta przed ludzkim wzrokiem. Mała, ale dobrze utrzymana, świeżą słomą kryta. Jako pierwszy dotarł sołtys i już od zakrętu na całe gardło krzyczał:

— Dziadku! Dziadku! — Tak nazywali guślarza mieszkańcy wsi. Prawdziwego imienia nikt już nie pamiętał. — Pomocy!

Zanim chłopcy doszli do przedsionka, w drzwiach pokazał się starzec. Wsparł się na lasce, czapę futrzaną poprawił i kożuch jeszcze dopinał, pomimo ciepła panującego tego ranka.

— Co tu się wyprawia, do kaduka? — skrzypiącym głosem ich powitał.

— Nie ma czasu opowiadać. — Sołtys niemalże wepchnął starca do izby. — My tu rannego mamy, trza go ratować. To Dobrowoj jest. Bestia go pocięła.

— Nie ma co tak rymcać — niespiesznie guślarz skwitował — jak ma dychać, to będzie. Tak mu pisane. A jak nie, to nie. Tu go dajcie — wskazał laską na przypiecek. 

Wnętrze chaty od progu zdradzało, czym zajmował się gospodarz. Pod powałą zawieszone zioła wypełniały cały strop. Zapach od nich wydzielał się tak intensywny, że kręciło w nosie. Gęsto zbite wiązki suszyły się zwisając niczym nietoperze do góry nogami. 

Pod ścianami półki uginały się od gliniaków, dzbanuszków i tygielków wszelkiej wielkości. Kształty miały fikuśne i tylko guślarz wyznawał się, czym wypełnione zostały. Kolorów tych flakonów na całą tęczę by starczyło.

Prawą część chaty zajmował piec i to nie byle jakich rozmiarów. Na jego lewej części stały ze trzy kociołki, bulgocąc i parując. Pośrodku wielgachna klapa zasłaniała palenisko, w którym i z dziesięć podpłomyków na raz by weszło. A po prawej był przypiecek, wyłożony skórami i futrami przeróżnymi, na którym łagodnie ułożono pokiereszowanego woja.

Dziadek zaczął mamrotać gusła pod nosem. Oglądał ciało Dobrowoja wyraźnie niezadowolony. Kilka razy stuknął laską w skórzaną zbroję woja i kończyny pomacał. Przez ten czas piątka gości patrzyła na niego w oczekiwaniu, co też powie.

— Wyżyje, połamany nie jest — zawyrokował w końcu. — Tylko strasznie pokiereszowany i mocno krwi uciekło.

Pomamrotał coś jeszcze i zioła z pieca zaczął zgarniać.

— Rozbierzcie go — rozkazał — tylko po troszczku, co by go nie zepsuć bardziej.

Po garnek sięgnął, z cebrzyka wody nabrał i do tego zebranych liści dosypał. To wszystko zamieszał, coś pomruczał i na ogień wstawił. Cierpki zapach rozniósł się po izbie, aż wszystkim oczy zaczęły łzawić.

— O matulko, ale cuchnie — sołtys nie wytrzymał. — Pójdę prędko do braci jego powiedzieć, że on żyw tutaj leży.  

I czym prędzej chatkę opuścił. Młodzież została, co chwila pokasłując, lecz wytrwale pomagała zdjąć odzienie z woja. Rany jego całe pokryte były skrzepami krwi, a gdzieniegdzie jeszcze świeżą szarą cieczą się sączyły.

Guślarz zestawił naczynie z ognia i przemieszał wrzącą maź. Nie czekał długo, aż wystygnie. Gęstą, aż klejącą breję nabierał łyżką i nakładał grubo na rany. Zbyt wycieńczony woj nawet nie zareagował na te okłady. 

Nie minął kwadrans, gdy do chaty wbiegła najmłodsza siostra Dobrowoja. Nie miała więcej niż osiemnaście lat i na pierwszy rzut oka widać było podobieństwo rodzeństwa. Obydwoje mieli jasne włosy, drobne nosy i czarne oczy. Dobrawa, bo tak jej imię było, od progu zaniosła się szlochem. 

— To naprawdę on! Żyje! Czy jest poważnie ranny? — Łzy, niczym grochy, rozbijały się na jej białej koszuli. 

— Nic mu nie będzie, dziecko — uspakajał ją Guślarz — stracił dużo krwi, ale wydobrzeje. Musi teraz odpoczywać.

— Będę przy nim czuwać. — Wyjęła mały zydelek spod stołu i usiadła przy Dobrowoju. 

— Nie trzeba teraz. On bez świadomości jest. Potrzeba mu spokoju.    

— Nie ruszę się stąd, on mnie potrzebuje.

Dziadek westchnął ciężko.

— Dziecinko, jemu czasu trza, no przecież nie możesz tyle tutaj siedzieć. — Ze strwożoną miną próbował wybić z głowy ten pomysł Dobrawie. — Idź no sobie na jagody, a ja będę miał baczenie na niego. 

— Nie! Ja się stąd nie ruszę. On może się ocknąć i czegoś potrzebować.

— Nic mu nie będzie, idźże może ziół narwać.

Wstała zdecydowanie, podniosła rondel z półki i tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmiła.

— Ja ugotuję rosół. To najlepsze lekarstwo. — Sięgnęła po wodę. — Zawsze jak mój ojciec i dziadek wracali z bojów, to mamusia gotowała rosół. Bij kuraka — zwróciła się do Guślarze.

Starzec wiedział już, że wszelkie dyskusje są próżne. Ujął tasak i wyszedł z chatki. W kącie stali czterej młodzieńcy, od dłuższej chwili nie odzywając się. 

— A wy co? — Dobrawa obróciła się w ich stronę. — Przynieście szybko świeżej wody. Na zupę będzie i do przemywania ran. 

Po niedługim czasie w izbie rozszedł się zapach wywaru doprawionego ziołami.

Uzdrowienie

Dobrowoj otworzył oczy. Ujrzał przed sobą białogłową dziewczynę. Jej czarne oczy lśniły w niemym oczekiwaniu. 

Rozchylił usta, żeby coś powiedzieć, ale żaden dźwięk nie dobył się z jego gardła. Niewiasta sięgnęła po naczynie z wodą i delikatnie zwilżyła spierzchnięte wargi rannego. Ten przełknął i zamknął oczy.   

Minęło kilka piań koguta, podczas których ozdrowieniec to budził się, to zasypiał. Jadł w pół letargu karmiony przez Dobrawę. Ta czuwała dzień i noc przy nim, czasami tylko opierając się o piec i drzemiąc z wyczerpania.

Opuszczała go na krótko. Tyle, żeby przebrać się lub wymyć, ale podczas jednej z takich przerw Dobrowoj ponownie otworzył oczy. Zdało mu się jednak, że śni dalej. Oto siedziała przed nim rusałka. Odziana w luźną lnianą szatę wydała mu się tak nierealna, a jednak tak prawdziwa. 

Przysiadła w jego nogach i nic się nie odzywała. 

— Jak zwą cię? — Pierwszy zagadał Dobrowoj. 

— Mówią na mnie Alanna — cicho odparła.

— Gdzie ja jestem?

— Jesteś u uzdrowiciela, którego nazywacie dziadkiem. Opiekuje się tobą siostra. Rany szybko się goją. Za kilka dni będziesz mógł wstawać. Cieszę się, że żyjesz.

— Nie musisz się nade mną litować — przerwał jej — zrobiłem, co chciałaś. Teraz zostaw w spokoju moich braci. 

— Posłuchaj, sama tego nie chciałam. Nakazała mi wodna matka. Ten Bies stanowił zagrożenie dla naszego plemienia. Nasłał go Wiedźmin, o którym ci odpowiadałam. 

— Nie chcę tego słuchać. — Odwrócił od niej głowę. 

— Posłuchaj, ten Wiedźmin został wynajęty przez wojewodę, żeby nas wszystkie wysiec. Teraz będzie szukał tego, kto zabił potwora, którego on tu sprowadził w celu naszej zguby. Jesteś w niebezpieczeństwie, przebywając tutaj.

Spojrzał jej prosto w oczy.

— To ty sprowadziłaś na mnie to zagrożenie — wyrzekł z wysiłkiem — ja się go nie lękam. A jak mnie ukatrupi, to będzie tylko twoja wina.

— Nie mów tak. Nie chciałam tego. Naprawdę podziwiam to, co dla nas zrobiłeś. Teraz musisz odpoczywać. 

Dobrowoj chciał się zerwać, ale sił mu starczyło tylko na podparcie się na łokciach. Alanna położyła dłoń na jego czole i delikatnie nakłoniła go do położenia. Nie protestował. 

— Mam dla ciebie lek. — Wyjęła zza pasa fiolkę z cieczą. — Wypij go i zaśnij. Ja tymczasem dowiem się, gdzie przebywa Wiedźmin.

Nie opierał się i tym razem, gdy wlewała mu specyfik do gardła.

Wiedźmin

Sen głęboki owładnął naszym bohaterem. Mary pojawiały się i znikały. Widzenia przychodziły i gasły. Oto ukazała mu się rusałka. Biegła przez bagna, krzycząc do niego i oglądając się za siebie. Chciał podbiec do niej, ale coś go krępowało. Spojrzał na swoje nogi. Po pas uwięziony w bagnie nie mógł się ruszyć. Podniósł nogę, co wpędziło go w jeszcze gorsze tarapaty. Zapadł się po piersi. Rusałka podbiegła, płacząc i krzycząc.

— Uciekaj, uciekaj. On tu jest.

Ziemia zadrżała i zza tataraku wyłonił się Bies. Rusałka szarpała Dobrowoja za ręce, lecz on ciągle zapadał się w grzęzawisku. Bestia wielkimi skokami zbliżała się i już miała wykonać morderczą szarżę, gdy z wielkim hukiem wszystko się skończyło.

Dobrowoj aż podskoczył na swym posłaniu. Chatę guślarza wypełniał dym i smród gotowanego ziela. W progu stał chudy jak tyka i tak samo wysoki jegomość. By dojrzeć gościa, Dobrowoj przetarł oczy spuchnięte od przebywania w oparach.

Po pierwszym wejrzeniu domyślił się, z kim ma do czynienia. W ręku przybysz miecz dzierżył, a twarz naznaczona bliznami odstraszające wrażenie sprawiała, aż dreszcz po plecach naszego woja przeszedł.

Wiedźmin czujnie rozejrzał się po chacie i nie dopatrując się zagrożenia, wszedł do środka, miecz do pochwy na plechach chowając.

— Jak domniemam, tyś jest Dobrowoj — stwierdził bardziej niż zapytał. — Czyli dobrze trafiłem.

Przeszedł się po izbie, zajrzał do garnków i za okno wyjrzał. Odwrócił się do Dobrowoja i zlustrował go wzrokiem.

— Zapewne nasza wspólna znajoma ci o mnie opowiadała? Bo wiesz zapewne, że jest ona rusałką. I to niezwykle atrakcyjną. — Paskudnie uśmiechnął się. — Taki młodzieniec jak ty musiał zwrócić na to uwagę, co?

Przybysz przerwał swój monolog i popatrzył na Dobrowoja.

— Tak, niezwykle — tylko tyle zdołał odpowiedzieć woj.

Wiedźmin zrobił dwa kroki wprzód i na ile jego szkaradna gęba pozwoliła wyrazić emocje, udał strapionego.

— No bo jak niechybnie wiesz, rusałki są wrogo nastawione do ludzi. I jak to powszechnie wiadomo, wykorzystują ludzi jako swoich niewolników, a uwiedzionych mężczyzn używają do mnożenia się, a potem do pracy na rzecz ich plemienia. A gdy tylko cherlawcy nie nadają się do roboty, to mordują ich z zimną krwią.

Popatrzył na Dobrowoja. Zrobił w jego kierunku kolejny krok, lecz nie doczekawszy się żadnej reakcji, kontynuował.

— Sprzymierzając się z rusałką, wyrządziłeś ludziom wiele krzywdy. Ba, wyrządziłeś ją również mnie, zabijając Biesa, którego specjalnie sprowadziłem nad to jezioro. To już samo w sobie jest karane śmiercią.

Zrobił kolejny krok i był już metr od Dobrowoja. Na jego piersi zwisał wielki medalion z wizerunkiem kota. Metal połyskiwał i mienił się niebieską barwą. Woj spozierał na wisior, starając się nie patrzeć w oczy gościa.

— Czy wiesz, dlaczego jeszcze żyjesz? — Z ust śmierdziało mu czosnkiem i niestrawionym chmielem. — Bo naprawisz to, coś złego uczynił ludziom. Będziesz miał szansę uzyskać przebaczenie wśród ogółu. Jak dobrze się sprawisz, to i może łaska ode mnie cię spotka.

— Nic nie zamierzam naprawiać — odzyskał pewność siebie Dobrowoj. — To ty sprowadziłeś tu tego potwora. Wyrządzał on same szkody i zabił kilku rybaków. To ty powinieneś prosić o łaskę.

W miarę jak woj wygłaszał swoje sądy, z twarzy wiedźmina znikał uśmiech, a wstępował zimny i bezlitosny grymas. Ręka jego powędrowała za plecy, złapał za klingę i powoli wysunął miecz. Błysk ostrza ostudził tyradę Dobrowoja. Zamilkł.

— Nie pozostawiasz mi wyboru, gówniarzu. — Miecz zawisł w powietrzu. — Ja nie daję drugiej szansy.

Ze skrzypieniem otworzyły się drzwi. Wiedźmin spojrzał w ich kierunku. Dało to sposobność Dobrowojowi na poderwanie się z łoża. Do chaty weszli Guślarz z Dobrawą, trzymający dzbany z zebranym miodem. Widok, jaki zastali, zmroził ich w połowie zdania.

Pierwszy zareagował Wiedźmin, przeszywając mieczem puste posłanie, gdzie jeszcze sekundę temu leżał woj, a który już znajdował się dwa susy od okna. Zabójca był szybszy i wykonywał w tej samej chwili pół obrót. Dopadłby z łatwością uciekiniera, gdy niespodziewanie Dobrawa cisnęła w niego trzymanym dzbanem. Miecz miał chyży i zanim naczynie doleciało do niego, rozbił je w drobny mak, jedynie rozchlapując zawartość na siebie.

To dało sposobność Dobrowojowi na doskoczenie do okna. Zwinnym susem, bez oglądania się za siebie, wyskoczył na zewnątrz. Siostra jego już rzucać chciała kolejne naczynie, gdy cios bezlitosny spadł na nią. Miecz w tańcu śmierci zadał jej ranę piekielną. Ciął od szyi, przez pierś, aż po pas. Purpura wykwitła na białej bluzce Dobrawy.

Dzbany rozbiły się o powałę i dziewczyna osunęła się martwa na ręce guślarza. Ten, aż ukląkł pod ciężarem. Zamknął oczy, spodziewając się rychłej śmierci. Jednak cios nie padł. Wiedźmin nie tracąc czasu, wyskoczył za zbiegiem przez okno.

Rozejrzał się, lecz nie dostrzegł Dobrowoja. Za chatą rósł gęsty zagajnik, a nasz młodziak w nogach chyży, nie oglądał się za siebie. Uratowało mu to życie, bo gdyby tylko spostrzegł tragedię, jaka się stała, niechybnie by zawrócił w swojej odwadze i desperacji wiedziony.

Wiedźmin ruszył. Po śladach i zapachu tropiąc woja, ale ten już daleko był za lasem. W kierunku jeziora kierunek obrał. Sam nie wiedział czemu, ale coś kazało mu tam biec. Nie oglądał się za siebie, ino bieżał w tamtą stronę.

Jezioro

Tafla wody połyskiwała błękitem nieba i skrzyła się iskierkami słońca. Tatarak szumiał, a kaczki zrywały się przed biegnącym Dobrowojem. Zakłócił sielankę miejsca w spokoju egzystującego przed jego przybyciem.

Wyskoczył ostatni perkoz i odleciał z wrzaskiem. Dobrowoj ciężko oddychał i teraz wolniej kroczył. Rozejrzał się wokoło.

— Alanno! — krzyknął, lecz tylko echo mu odpowiedziało.

Usiadł na brzegu i spuścił nogi do jeziora. Głęboko odetchnął i wpatrzył się w dal. Po chwili, obok niego fale załamały się i wynurzyła się rusałka. Z jej blond włosów spływała woda, a na nosku perliły się kropelki niczym diamenty. Podpłynęła do brzegu, lecz na niego nie wyszła. Nie była to Alanna, lecz urodą dorównywała swojej współplemienniczce.

— Kim jesteś młodzieńcze? — Przetarła twarz rękami i perełki znikły. — Szukasz kogoś? A czy ja mogę Ci pomóc?

— Szukam Alanny. Niezwłoczną potrzebę mam z nią pomówić.

— Jak Ci tak pilno, to pomów ze mną. Ja umiem słuchać.

— Nie czas teraz na twoje zaloty. Wiedźmin przybył do wioski i wypytywał się o nią. Na pewno zaraz tu będzie.

Woda za linią tataraku wzburzyła się i wynurzyła się Alanna. Płynęła bardzo szybko i momentalnie znalazła się przy brzegu.

— Co ty tu robisz? — Zwróciła się do woja, ale zaraz kategorycznie spojrzała na drugą rusałkę. — Płyń do matki i powiedz jej, że zabójca jest już w okolicy.

Ta niespiesznie odwróciła się na plecy i wycofała się.

— No szybciej, na co czekasz? Płyń! — krzyknęła Alanna i dopiero to przyniosło skutek. Rusałka plusnęła, zanurzyła się i tyle ją było widać. — Opowiadaj, co się stało. — Przemówiła do Dobrowoja. — Lecz wpierw ukryjmy się, żeby nas wiedźmin nie wywęszył. Idź kawałek prosto, a tam, gdzie dam ci znać, ukryta jest łódka. Wsiądź do niej i płyń za mną.

Dobrowoj uszedł ze dwieście kroków, gdy rusałka wskazała mu miejsce. Wszedł między trzciny i odszukał niewielką drewnianą łódkę z parą wioseł. Unosiła ona sprawnie woja w kierunku, który wyznaczała Alanna.

Po półgodziny wiosłowania dotarli do szałasu, w którym Dobrowoj dochodził do zdrowia po pierwszym starciu z Biesem. Woj zacumował, wyszedł na pomost i oboje skryli się we wnętrzu chatki.

— Co się stało we wsi? — Ponagliła go Alanna, gdy ten nie odzywał się.

— Wiedźmin musiał z kimś rozmawiać. Wiedział dokładnie, kim jestem i gdzie mnie szukać. — Rozpoczął Dobrowoj. — Wypytywał o ciebie. Chciał, żebym powiedział, jak cię znaleźć. Chciał, żebym cię zdradził, ale ja nie mogłem… — zamilkł i zaczerwienił się.

Alanna podeszła do niego i dłoń położyła na jego policzku.

— Dziękuję.

Pocałunek zdziwił Dobrowoja, ale nie protestował. Odwzajemnił go, muskając wargami usta Alanny. Woj objął rusałkę, a że ta naga była, nie wiele miał do działania. Położył się na plecach i przyciągnął ją do siebie. Ciała ich splotły się w miłosnym uniesieniu.

Rusałka

— Jak to jest z wami? — zagadał Dobrowoj rusałkę. — Czy z własnej woli uwodzicie rybaków, czy jesteście do tego zmuszane?

Obydwoje leżeli przykryci wyprawioną skórą krowy. Na nagich ciałach odblaski ogniska tańczyły swawolnie. Alanna wodziła palcem po brzuchu woja i nie spieszyła się z odpowiedzią.

— A czy waszych mężczyzn ktoś zmusza do przychodzenia nad jezioro i wpatrywanie się w fale w oczekiwaniu, aż któraś z nas przypłynie i w nagości nieskrępowana będzie pluskać się w płytkiej wodzie? — odpowiedziała pytaniem na pytanie.

— No ale przecież to wy używacie tych swoich sposobów na to, żeby uwieść mężczyzn. A potem wykorzystać do własnych celów.

Alanna podniosła się i dorzuciła drewna do paleniska.

— Musimy to robić, żeby przetrwać. U nas nie rodzą się chłopcy. Nie miałybyśmy możliwości wydawać potomstwa bez waszych mężczyzn. Żaden z was, dobrowolnie, nie chce mieszkać w szuwarach, a tym bardziej nie przeżyje pod wodą. Poza tym to ludzkim chłopom chodzi tylko o jedno i nie wiążą planów na przyszłość z nami.

Dobrowoj zamyślił się i dopiero po dłuższym czasie odpowiedział.

— Nie wszystkim.

Zapadła cisza, przerywana trzaskaniem płomieni. Ciepło ogrzewało ciała i napawało nostalgią.

— Dobrowoj, wiesz, że to tylko zauroczenie? Słyszałam wiele opowieści starszych rusałek o tym, jak to działa. Tobie wydaje się, że coś czujesz, ale naprawdę to jesteś zapatrzony w moje ciało. To ono ci się podoba i ono sprawia, że chcesz być tu ze mną. Nie oszukuję się, że to coś więcej. To tylko twoja ludzka natura.

Woj poderwał się.

— Ja doskonale wiem, co czuję. I nie zdaje mi się to wcale. I to nie jest zauroczenie.

— Tylko tak teraz mówisz. Jest przyjemnie i wydaje ci się, że zawsze tak będzie.

— Jestem pewien swoich uczuć, ale coś mi się widzi, że jestem w nich osamotniony. To boli bardziej niż rany od miecza. Muszę to przemyśleć.

Odwrócił się od niej i skierował do wyjścia.

— Zaczekaj, Dobrowoju…

Lecz on już nie słuchał, wybiegł bez oglądania się.

Walka

Trele sójki przerwał odgłos łamanej gałązki. Ptak rozłożył niebieskie skrzydła i odleciał. Trzask więcej się nie powtórzył. 

Wiedźmin ze Szkoły Kota skradał się tak cicho, jak przystało na zwierzę z jego medalionu. Niepostrzeżenie zakradł się do chatki stojącej nad brzegiem jeziora. Przystanął przed wejściem, zlustrował okolicę i dobył miecza zawieszonego na plecach. 

Bezszelestnie otworzył drzwi i zajrzał do środka. Palenisko płonęło, a ogień ogrzewał wrzącą już wodę. Intruz sztychem rozgarnął skóry leżące na posłaniu i zmarszczył brwi. Grymas ten nie wróżył szczęśliwego i bezbolesnego zakończenia żywota dla Dobrowoja. 

Po oględzinach chatki Wiedźmin wyszedł na zewnątrz i wbił wzrok w ścieżkę prowadzącą do jeziora. Ślady bosych stóp prowadziły tylko w tym kierunku. Kończyły się na mostku, gdzie pozostało jeszcze świeże błoto. 

Podszedł do skraju zmurszałych desek. Znajdywały się tam dwie przycumowane łodzie. Począł wsłuchiwać się w odgłosy z oddali. Posłyszał rytmicznie skrzypienie. Powtarzało się i niemożliwym było pomylenie tego z niczym innym. To dulki zgrzytały przez wiosła wciąż pocieranie. 

Wzrok swój wyostrzył i dostrzegł swój cel na drugi brzeg zmierzający w oddali takiej, że zwykły śmiertelnik nie wychwyciłby go najbystrzejszym okiem. Wściekłość go dopadła taka, że w te pędy do łodzi wskoczył, by złapać tego, co Biesa mu wykończył. 

Chrobot i plusk po tafli rozniosły się nowym głosem. Wiedźmin w szale wiosłował, oglądając się co chwila za nikłym promyczkiem.  Ten widoczny stawał się coraz bliżej, a w pewnym momencie zamigotał i co chwila to nikł, to pojawiał się ponownie. 

Dno łodzi zachrzęściło o piach i Wiedźmin wyskoczył na płytką wodę w miejscu, gdzie ostatnio widział światło. Nie pomylił się, gdyż obok stała taka sama łupina. Ślady dwóch par stóp odznaczały się wyraźnie na piasku. 

Zabrał latarnię z dziobu i w jej świetle podjął trop. Sowa zahukała dwa razy. Fala głośniej uderzyła o burty łodzi i Wiedźmin obejrzał się na nie. Obie unosiły się dziesięć metrów od brzegu, bezwiednie oddalając się w dal. 

Wiedźmin zaklął siarczyście pod nosem. Objął spojrzeniem najbliższe zarośla i skierował się w kierunku, gdzie ślady nikły w trawie. Zamknął oczy i po chwili otworzył. Jego źrenice zwęziły się niczym u drapieżnika. Stary handlarz z wioski opowiadał kiedyś, że w Szkole Kota nauka tego sposobu śledzenia trwa latami, ale efekt widzenia w ciemności jest zdumiewający. Tropiciel zgasił latarnie i pewnym krokiem ruszył po śladach. 

Już po dwustu krokach dostrzegł pomiędzy drzewami łunę światła. Jeszcze chwila i dopadnie tego młokosa, który miał czelność pokrzyżować jego plany. Nie da kolejnej szansy. Upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu. Pierwej młoda rusałka zginie na oczach młodzieńca, a potem on. 

Pomimo oddalania się od jeziora, teren stawał się podmokły. Buciory Wiedźmina zapadały się po cholewy, a stawianie kolejnych kroków szło z trudem. Z głośnym cmokaniem wyciągał nogi z wody. Parł naprzód, bo ślady zgniecionej trawy wyraźnie się ukazywały. 

Minął wiedźmin spróchniałe konary starych dębów i nie uszedł dwudziestu kroków, gdy zza jego pleców dosłyszał szmer. 

— Czemu to podążasz naszym śladem? — odezwał się Dobrowoj. — Czym Ci zalazłem za skórę, że tropisz niczym łowczy zwierzynę?

Wiedźmin zatrzymał się i momentalnie zatopił po kolana w moczarach. Niespiesznie próbował uwolnić nogi i obrócić się w kierunku woja.

— Chłopcze młody — odparł, gramoląc się w grzęzawisku. — Nie ciebie ścigam, tylko stwory czyhające na takich jak ty. Nie łudź się, że rusałka kiedykolwiek pokocha człowieka, ani że człowiek pokocha rusałkę. Bo to nie jest miłość, tylko urok rzucony na młode serce, które jak nic innego na świecie szuka umiłowania. Jednak jej nie znajduje…

— Nie trudź się swoimi wyjaśnieniami — przerwał mu woj. — Wiem, że umówiony jesteś z grododzierżcą na wybicie rusałek na całym jego panowania obszarze. Wcześniej nie wahałeś się sprowadzić bestii w nasze lasy, byle tylko kieszenie groszami wypełnić? I sądzę, że nie zawahasz się ściągnąć tu kolejnej.

Wiedźmin uwolnił jedną nogę i macał, gdzie stabilniejszą kępę trawy wykorzystać do utrzymania się na gruncie. Jeszcze chwila i będzie wolny.

— Zapewne wtedy — Dobrowoj kontynuował — zaproponujesz swoje usługi w pozbyciu się powtórnego kłopotu, jakim staną się te monstra. Czy problem rusałek nie pojawił się wraz z twoim przybyciem na te ziemie? Jakoś wcześniej nikt nie próbował ich stąd przepędzać ani polować na nie. To dopiero twoja chęć zysku ukazała grododzierżcy, jakie to wodne stwory są zagrożeniem i trzeba je wybić, bo inaczej rozpanoszą się na wszystkich jeziorach będących pod jego zarządem.  

— Jaki domyślny młodzieniec z ciebie — odparł Wiedźmin szyderczo. — Czym twoje wnioski wysnute tutaj mogą być dla mojego zleceniodawcy? Przedstaw je mu, gdy będziesz miał okazję. Na pewno je wysłucha. 

Wiedźmin zaśmiał się gromko i mocnym skokiem wybił się na jednej ze stabilnych traw. Śmignął na kolejną i jeszcze kolejną. Dobył miecz w locie. Dobrowoj wyszarpnął swój oręż z pochwy i natychmiast tarczą zasłonił się przed ciosem z góry. 

Stal szczęknęła w zwarciu, aż iskry poszły. Wiedźmin atakował w szale, szybko i zwinnie. Okładał co chwila z nowej pozycji. To z góry, to z dołu. Ciął błyskawicznie, ale zawsze tarcza woja znajdowała się na miejscu. Smagnięcia po niej tylko łoskot po okolicy niosły.

Dobrowoj nie pozostawał bierny, a obeznany wcześniej z terenem teraz tę przewagę wykorzystał. Przeskoczył w bok na zieloną kępę. Po kolejnym odparciu ataku tarczę odsunął i dźgnął mieczem. Wiedźmin, szybki niczym kot, unik w miejscu zrobił. W półobrocie wymach poczynił i sztychem przejechał woja przez pierś. 

Dobrowoj zachwiał się, tarczą gardę wykonał i na kolejną trawę uskoczył. Pierś go piekła z bólu, ale krew nie trysnęła. Doskonała kolczuga, otrzymana od rusałki, uratowała mu życie. Odetchnął głęboko i już musiał kolejną szarżę odpierać. 

Wiedźmin doskoczył do woja i nie zamierzał odpuścić.  Raz za razem uderzenia wyprowadzał, aż ramiona Dobrowoja z sił opadły i upuścił swą zasłonę. Chlupnęła w grząską wodę i w tej samej chwili woj dwoma susami przedostał się za konar starego dębu, poderwał latarnię i cisnął w kierunki Wiedźmina. Ten silnym zamachem rozbił jedyne oświetlenie i natychmiast zapadła ciemność. 

Zanim Wiedźmin ponownie wzrok przyzwyczaił do mroku, Dobrowoja nigdzie nie dostrzegł. 

Na lewo od Wiedźmina rozświetlił się promyk lampy. W jego świetle ukazała się Alanna.

— Czy jesteśmy dla ciebie tylko kolejnymi potworami do zabicia? — smutno zapytała. — Czy zabijasz tylko dla pieniędzy, czy dla przyjemności?

Obrócił się ku niej i natychmiast lustrował kępy i wysepki, którymi miałby możliwość szybko ją dopaść.

— Jesteście odmieńcami — odpowiedział jej — które zaprzeczają prawom natury. Zatruwacie ten świat i jak wszystko, co inne, trzeba was tępić. Nie ma miejsca dla takich stworzeń na tej ziemi.

— Żyłyśmy tutaj na długo przed tobą — krzyknęła. — Długo przed pierwszymi ludźmi przybyłymi w te strony. Dlaczego uzurpujesz sobie prawo do stanowienia, kto jest potworem – czy ty, czy ja?

— Potwierdzam naturalne, niepodważalne prawo, które ma swoje uzasadnienie w odwiecznej hierarchii, a które stwierdza: wyższy może i musi sprawić, że niższy będzie mu posłuszny, a niższy musi służyć wyższemu. — Wyrecytował z pamięci złowieszcze słowa. — Z tego wszystkiego właśnie wynika obecna wojna. Ta wojna jest wyrazem walki dwóch światów. Ludzkiego z waszym. A ja jestem tylko mieczem. 

Jeszcze zanim skończył mówić, błyskawicznie przeskoczył na kępę dwa metry przed sobą i na kolejną. Jego kocie skoki tak zaskoczyły Alannę, że nim zgasiła płomień latarni, Wiedźmin miał już miecz dobyty wysoko i w zamachu na nią furkoczący. Jej płomyk jeszcze nie zgasł. Ostatnie metry dzieliły ostrze od ciała rusałki, gdy w ten taniec śmierci wdarł się świst włóczni z mocą wielką ciśniętej. 

Trzask rozległ się potężny i echem po lesie odbił po stokroć. Ciemność zapadła i grobowa cisza nastała.

— Ty padalcu! — od wrzasku zerwały się ptaki wodne i wzbiły wysoko. — Zakatrupię cię jak wieprza! 

 Na knot lampy padły skrzesane iskry i wątły płomyk przełamał mrok. 

— Jasna cholera. Psi synu.

Wiedźmin leżał z udem przebitym włócznią, dumą Dobrowoja otrzymaną od Alanny. Kawałki zgruchotanej kości wystawały z rany, a krew z otwartego rozcięcia rozlewała się po trawie i błocie.

Woj rozświetlił teraz okoliczne drzewa, a opodal to samo uczyniła Alanna. Nawet w tym nikłym świetle dało się zauważyć jej bladość i dygotanie ze strachu. Lampa drżała jej w dłoniach, co tworzyło chocholi taniec cieni, rzucanych po mokradłach.

— Ty capie — syczał z wściekłości Wiedźmin — nie starczyło Ci odwagi kontynuować walki. Zawsze zasłaniasz się kobietami? Twoja siostra broniła Cię zaciekle aż do śmierci, a Ty potrafiłeś tylko czmychnąć. Jak tchórz.

— Cóżeś powiedział — doskoczył Dobrowoj do rannego. — Do śmierci? Moja siostra…

— Ach, no tak szybko dałeś drapaka, że nawet nie oglądałeś się za siebie — szydził Wiedźmin. — To młode dziewczę zginęło przez Ciebie.

— Przeze mnie — jak echo powtórzył woj. 

— Twoje ujście spowodowało jej zatracenie. Gdybyś był mężczyzną, to ona by żyła. 

— Zamordowałeś ją! — Dobrowoj wpadł w szał. Dobył miecza i zamachnął się na zabójcę. — Posiekam Cię, a twoje ścierwo rozrzucę jak padlinę.

— Stój! — krzyknęła Alanna. — Proszę Cię, wstrzymaj swe zapędy. On jest winien jej śmierci, nie ty. Nie stawaj się takim samym siepaczem. Niech poniesie zasłużoną karę. Unicestwiając tego zbója, nie przywrócisz jej życia, a swoje zmarnujesz. Jeśli go zakatrupisz tutaj, to wasz ludzki sędzia nie da ci litości. Posadzi cię w lochu. 

— Muszę wziąć odwet za Dobrawę. — Woj ponownie uniósł ostrze do ciosu. — Nie mam litości…

— Proszę Cię. On niewart twej zguby — nalegała rusałka. — Zrób to dla mnie. Też pragnę jego rychłej śmierci. Lecz dla mego serca jesteś o wiele ważniejszy. Zapewniam Cię, że pomścimy twoją siostrę.

Sąd

— Gdzie oni go holują? — zapytał Dobrowoj Alanny.

Minął równo miesiąc po pokonaniu Wiedźmina. Oboje stali nad brzegiem jeziora i przyglądali się dziwnej kawalkadzie łodzi. Na pierwszej płynęło dwóch wojowników i dwóch wioślarzy. Holowali drugą jednostkę, gdzie jedynym pasażerem był uwięziony Wiedźmin. Spętany grubymi sznurami nie mógł się ruszyć. Wzrokiem tylko wodził i obrzucał wszystkich nienawistnym spojrzeniem. Kolumnę zamykała łódź z czterema wojami uzbrojonymi w łuki i włócznie. 

Wokoło pływało co najmniej dwanaście rusałek. Zanurzały się i przepływały pod łodziami. Wszyscy zmierzali w kierunku wyspy znajdującej się na środku jeziora.

Alanna jakby ocknęła się na słowa Dobrowoja. 

— Skoro wasz ludzki zarządca wyparł się kontaktów z Wiedźminem i stwierdził, że nie obchodzą go jego losy — odpowiedziała — to nie możemy teraz przekazać tego złoczyńcy pod sąd człowieczy. Wasi woje przetransportują go na wyspę samotnych dusz, jak ją nazywacie. Zostanie tam na zawsze i nie opuści jej aż do śmierci. 

— Straszna kara, lecz dla mnie za łagodna. — Dobrowoj złapał za miecz. — Poćwiartowałbym go na miejscu. Żałuję, że odwiodłaś mnie od tego. Moja siostra była taka młoda i miała przed sobą całe życie. Gdybym tylko mógł cofnąć czas. Należało zostać w tej cholernej chacie i dać się posiekać zamiast niej. Nigdy sobie tego nie wybaczę…

— Nie obwiniaj się — przerwała mu. — Nie mogłeś wiedzieć, co się stanie. Trudno było przewidzieć czyny tego mordercy. 

Alanna przysunęła się do Dobrowoja i przytuliła do niego. Ten na powrót wsunął miecz do pochwy i objął rusałkę. 

Oboje stali nad brzegiem jeziora.

Lucień

Lato promieniami słońca piekło skórę samotnego rybaka cumującego swą łódź do pomostu. Mężczyzna ręką otarł pot z czoła, chwycił worek zapełniony rybami i skierował się do chatki stojącej nieopodal brzegu.

Zza płotu z wikliny wybiegła czwórka dzieci.

— Tato, tato! — krzyczały już z daleka — co dziś złowiłeś?

Otoczyły Dobrowoja i biegając wokoło niego, odprowadziły go pod same drzwi chaty. Po tym rozbiegły się z przeraźliwym piskiem, każde w inną stronę. Woj otworzył drzwi i wszedł do środka. 

— Dzisiaj miałem dobry połów. — Zwrócił się do Alanny siedzącej obok paleniska, z małym berbeciem przy piersi. — Zawieszę tylko ryby do wędzenia i zaraz do Ciebie przyjdę pomóc. 

— Nie zgadniesz, co dziś zrobiłam na obiad. — Uśmiechnęła się rusałka i wskazała na parujący garnek.

Woj zajrzał do niego i nabrał łychą strawy.

— O! Kasza z kaczką i grzybami — pomlaskał z zadowolenia.

— Rano zaplątała się w łatane sieci. Od razu pomyślałam, że zrobię ci tę przyjemność. 

— Jesteś kochana, zawołam dzieciaki — wychodząc powiedział.

Tak to nas Dobrowoj z woja stał się rybakiem. Zrobił to z odwzajemnionej miłości do Alanny. Nie zważał na ludzkie gadanie ani na przesądy. Nie stanowiło dla niego problemu, że ona była rusałką, a on człowiekiem. Nie frasował się niczym, tylko tym, że jest zakochany i wiedział, że to jest urok, ale nie ten szkodliwy, tylko taki co płynie z głębi serca.

anImage_2.tiff

1 Piędź – dawna miara długości, określana jako odległość między końcami kciuka i małego palca rozwartej dłoni