FourIT realizuje pierwsze zlecenie.

FourIT realizuje pierwsze zlecenie.

Pierwsza część opowiadania.

Ochroniarz zamykał już teren giełdy komputerowej, kiedy pojawił się podejrzany osobnik. Na oczy miał zaciągniętą czapkę z daszkiem a na nią jeszcze kaptur od za dużego prochowca. Ręce trzymał w kieszeniach. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak agent w starych filmach szpiegowskich.

— To ten — Robocik trącił Karinę.

— Okej, ja będę z nim gadać, wy tutaj zostańcie.

Karina, pewna siebie, ruszyła w kierunku przybysza.

— Cześć, jestem Karina — wyciągnęła do niego rękę na powitanie.

„Szpieg” machnął tylko głową, rozejrzał się, ale ręce nadal trzymał w kieszeni. Niezbita z tropu dziewczyna kontynuowała.

— Słyszałam, że masz do zlecenia pewną pracę?

— Gdzie Robocik i kim ty jesteś? — oczy nerwowo mu biegały na wszystkie strony.

— Jestem Karina, Robocik jest w swoim sklepiku, współpracujemy ze sobą.

— Nic nie mówił, że będzie ktoś jeszcze — powiedział spokojniej, widząc Roberta w swoim punkcie usługowym. — Chodźmy do niego.

Weszli do małego pomieszczenia, gdzie zrobiło się ciasno. Robocik nie zwracał na nikogo uwagi, siedział i kontynuował lutowanie elektronicznego ramienia, nieznanego przeznaczenia.

— Robocik, co jest? — żachnął się nieznajomy — co tutaj takie tłumy? Mówiłeś, że mam do ciebie wpaść, ale nie na zlot… — nie mogąc znaleźć słowa, popatrzył na Roberta.

Ten nie odrywając wzroku od swojej lutownicy, wzruszył ramionami.

— Diler wyluzuj, ręczę za nich — rzekł i przyczepił kolejny układ do płytki. Cały on, siła spokoju.

— Dobra, jak Robocik za was tutaj świadczy, to możemy pogadać — zdjął kaptur.

Wyglądał na młodego chłopaka, raczej o twarzy dresiarza niż biznesmena, którym zapewne chciał być. Ksywka „Diler” również nie budziła zaufania.

Karina kontynuowała.

— No więc, jak już mówiłam, pracujemy wszyscy razem i…

— Dobra, szkoda języka. Jest mała robótka. Jeden facet, dziany, potrzebuje usługi — przerwał jej w pół zdania Diler. — Dam wam namiary na gościa, który ma kasę i chce ją ulokować. Najlepiej w coś, co da mu jeszcze więcej papierów. Wiem ze swoich źródeł — rozejrzał się na boki, jakby jego informatorzy stali obok — że umiecie robić dobre kopalnie internetowego hajsu. Wy złożycie sprzęt i skonfigurujecie go, skasujecie kasę, a ja dostanę tylko moją skromną dolę.

Dziwne, zastanowiłem się, przecież biznesmen mógł przyjść oficjalnie na giełdę komputerową i w każdym sklepie kupić karty graficzne, płyty główne lub nawet gotowe zestawy do kopania kryptowaluty. Dlaczego załatwia to przez jakiegoś dziwnego typka?

— Bardzo dobrze, bez problemu wykonamy dla niego taką usługę, mamy w tym duże doświadczenie — Karina, jak najlepszy sprzedawca, zachwalała nasze usługi. Pewnie miała na myśli zestaw, który dla niej skonfigurowałem, a który kopał dla niej wirtualne pieniądze w starej piwnicy. — Ile chcesz za swoje pośrednictwo?

— Jakieś pięćdziesiąt procent — widząc powiększające się oczy Kariny, dodał — pamiętaj, że beze mnie nic nie będziecie mieli.

— Okej, rozumiem, ale to jednak dużo. Zobacz, że nas jest czworo do podziału zysku, a ty chcesz połowę. Możemy się zgodzić na maksymalnie dwadzieścia procent.

— Nie ma mowy — zaciągnął kaptur i się odwrócił.

— Poczekaj — Gerard zatrzymał go swoim wielkim łapskiem.

— Ej, duży, tylko bez rąk mi tutaj!

— Dobrze, już dobrze. Może być trzydzieści procent — ostudziła chłopaków Karina.

— Dobra, po starej znajomości, w promocji – czterdzieści procent i nic mniej.

— Okej, deal — Karina wyciągnęła dłoń.

— Okej — tym razem wyciągnął rękę z kieszeni.

Tego samego wieczoru, w bistro „Kawiarka”, rozmawialiśmy o podjętym zleceniu.

— Robota jest prosta i szybko się z nią uporamy — rozpoczęła Karina, upijając mały łyk gorącej kawy latte. Na jej ustach została biała pianka, którą szybko oblizała.

— Nie podoba mi się to zlecenie i ten facet. Co to za ksywka, „Diler”? — upiłem łyk słodkiego cappuccino. — Taki sprzęt można kupić w każdym sklepie komputerowym i wcale nie potrzeba do tego pośredników.

Karina energicznie zatrzepotała rzęsami.

— Co mnie to obchodzi? To jakiś dziany biznesmen. Ma kasę i chce ją wydać. A my możemy zarobić. To jest dla mnie najważniejsze. Pamiętaj, że ja potrzebuję szybko kasy i nie będę się zastanawiała, dlaczego ktoś chce wydać pieniądze i skąd je ma. Zrozumiałeś? — kolejny łyk i znów się oblizała jak mały kotek pijący mleko.

— Spokojnie kotuś — odezwał się Gerard, jedzący grzanki ze złociście przypieczonym serem, czosnkiem i oliwą, które przy każdym kęsie apetycznie chrupały. Ich zapach pobudzał również moje kubki smakowe. — Nie ma się co denerwować. Kasa będzie, prawda Mathi?

Rozłożyłem ręce w geście obrony.

— Dobra, dobra, ja tylko mówię, że mi się nie podoba ten cały Diler. Jutro zadzwonię do tego biznesmena i porozmawiam z nim — odparłem pojednawczo.

Po naszej rozmowie długo w nocy sprawdzałem odpowiednie konfiguracje sprzętowe, mogące wykopać tyle kryptowaluty, ile mogłoby się zmieścić w wirtualnym garncu złota. Rano ciężko było mi zwlec się do pracy.

Wszedłem do biura po dziewiątej i od razu natknąłem się na szefa, Teda Smitha.

— Cześć — jak zwykle z szerokim uśmiechem powitał mnie. Był typowym Amerykaninem z wiecznym uśmiechem prezentującym równy biały rząd zębów. Nigdy na nic nie narzekał, tylko działał. Istny wulkan energii.

— Zrób sobie kawę i wpadnij do mnie — mówił nienaganną polszczyzną, pomimo że urodził się w Stanach Zjednoczonych, jako syn wojennych emigrantów z polski. Studiował na MIT i dorobił się fortuny na bańce internetowej na przełomie millenium.

W ekspresie do kawy wybrałem moje ulubione cappuccino, które dosłodziłem do smaku i z filiżanką wszedłem do ascetycznie urządzonego gabinetu szefa. Pierwsze, na co każdy zwracał uwagę to zniewalający widok na nowoczesne centrum miasta. Firma FinTechSecurity, dla której pracowałem, mieściła się na trzydziestym drugim piętrze Samsung Spire na warszawskiej Woli.

Na środku pokoju stało wielkie nowoczesne szklane biurko, na nim iMac z ekranem dwadzieścia siedem cali o rozdzielczości 5K, biała klawiatura i biała mysz. Przy biurku stały dwa ergonomiczne, również białe, krzesła i to tworzyło całe wyposażenie. Za biurkiem znajdowały się drzwi do prywatnej łazienki.

— Mathi, mam pilne zlecenie dla Ciebie. Za tydzień lecisz do Redmond. Dzisiaj w nocy miało miejsce włamanie do serwerów CarlTech. Vin zabezpieczył już wszystko, tobie zostanie tylko analiza. Okej? — bez zbędnej gadki wyłożył wszystko. Zawsze był bezpośredni i nigdy nie pytał, tylko zlecał. Nie znam jego przeszłości, ale z całą pewnością służył w wojsku, na co wskazywał jego wojskowy dryg. FinTechSecurity pracowała głównie dla klientów w Stanach Zjednoczonych i Izraelu. Zajmowaliśmy się szeroko pojętym bezpieczeństwem informatycznym, ale głównie były to analizy kto, gdzie i jak włamał się do sieci i komputerów. Moim zadaniem była analiza przebiegu włamania i wyciągnięcie wniosków, jak zabezpieczyć systemy na przyszłość.

— Okej, Ted — mówiłem mu po imieniu, pomimo że był dużo starszy. W firmie panowała amerykańska kultura. Szef był prawdziwym specjalistą w dziedzinie analiz bezpieczeństwa systemów komputerowych i pomimo że pracowałem z nim już kilka lat i wiele mnie nauczył, umiejętnościami i wiedzą nie dorastałem mu do pięt.

— Poza tym, co u Ciebie? — zagadnął.

— Właściwie to nic, konfiguruję sprzęt do kopania bitcoinów dla jednego faceta. Karina potrzebuje szybko kasy i uparła się, że będzie załatwiać jakieś zlecenia dla mnie i Robocika.

— Aha, Karina mówisz? — puścił do mnie oko. — No tak. Nie mogłeś jej po prostu pożyczyć tej kasy?

— Wiesz, jest uparta i ambitna. Nie chciała nawet słyszeć o żadnych pożyczkach. Nie ma z nią dyskusji. Musi sama zarobić i już.

— Poznałem już charakterek panny Kariny, nie zazdroszczę Ci.

— Mi? Dlaczego mi? Ona ma chłopaka, atletę, bardzo do niej pasuje.

— Ta — skwitował — uporaj się z tym do końca tygodnia, bo potem twoja głowa jest mi potrzebna w Redmond. Musimy ustalić, kto się włamał, do czego miał dostęp i co sobie wziął z komputerów CarlTechu. To firma biotechnologiczna i mają zlecenia rządowe, także wszystko jest ściśle tajne.

— Jak zwykle. Czy Vin jest na miejscu? Skontaktuję się…

Przerwał mi dzwonek telefonu. Ted spojrzał na swój Apple Watch i powiedział.

— To Sonia, jest teraz w Izraelu na tajnym rozpoznaniu, muszę odebrać. Pogadamy przy lunchu — wyjął swojego iPhona z kieszeni marynarki i odebrał — Hello Sonia, how are you?

Wyszedłem z jego pokoju i skierowałem się do swojego biurka. Wyglądało identycznie jak Teda i miało takie samo wyposażanie. Zalogowałem się do systemu. Chciałem porozmawiać z Vinem, specjalistą od zabezpieczeń w naszej firmie, ale w Stanach była teraz noc, więc musiałem odłożyć to na później. Odebrałem pocztę i przeczytałem nowości w świecie przestępczości komputerowej. Potem poćwiczyłem hakowanie i wykrywanie śladów włamań na specjalnie skonfigurowanych serwerach testowych. Na tym minął mi dzień pracy z przerwą na lunch, na który poszedłem z Tedem i kolegami z pracy.

Po pracy uzgodniłem spotkanie z biznesmenem zainteresowanym kupnem sprzętu. Umówiliśmy się w jego domu. Mieszkał kawałek za Warszawą, niedaleko Pruszkowa. W godzinach szczytu była to długa wyprawa. Zabrałem ze sobą Karinę, która koniecznie chciała rozmawiać i pertraktować z biznesmenem. Stwierdziła, że ja nie umiem negocjować.

Wsiadła do samochodu.

— Cześć — od jej perfum zakręciło mi się w głowie. — Co tam słychać? Jedziemy? Co tak stoisz?

Ruszyłem powoli.

— Cześć, a gdzie Gerard? — byłem przyzwyczajony, że tam, gdzie Karina, tam i jej osiłek.

— Miał umówione godziny z klientami na siłowni i nie mógł zrezygnować. Teraz każda złotówka się liczy. Co za korek. Czy nie mogłeś umówić nas gdzieś w centrum, w jakiejś kawiarni? Będziemy tam jechać ponad godzinę. Cholera.

— Proponowałem mu spotkanie w centrum, ale się uparł, żebym przyjechał do niego. Podał mi adres. Nawigacja wskazuje, że będziemy tam za pięćdziesiąt minut.

— A co u Teda? — zagadała. Rozmawiając na różne tematy, minęła nam podróż.

Podjechaliśmy pod wskazany adres. Cała posiadłość, oddalona od głównej drogi, ogrodzona była wysokim płotem kutym we wzory w kwiaty. Brama z żółtego piaskowca robiła wrażenie przepychu i przypominała bramę do pałacu. Wjechaliśmy w alejkę otoczoną iglakami. Na jej końcu ukazał się nam duży dom, a raczej mały pałacyk, z kolumnami na froncie i wielkim podjazdem, na którym stały trzy samochody.

— Łał — wydusiła Karina. — Facet musi mieć kasy jak lodu. Nigdy jeszcze nie byłam w takim domu.

— Ta, jakiś miłośnik BMW — skwitowałem kwaśno, widząc, że zaparkowane samochody były tylko tej marki — Nie podoba mi się to. Facet raczej nie zarobił na etacie na ten pałacyk. Dlaczego nie poszedł do sklepu i nie kupił sprzętu, tylko przez nas to załatwia?

— Nie kracz, szybko mu sprzedamy i tyle. Pamiętaj, ja z nim gadam.

Zaparkowałem przy dużych schodach prowadzących do wejścia, które wielkością odpowiadało bramie wjazdowej. Drzwi otworzyły się automatycznie i bezszelestnie. Ujrzałem wielki hol, nad którym górował barokowy żyrandol z tysiącem błyszczących kryształków.

W końcu na nasze spotkanie wyszedł, jak się zdawało, gospodarz. Teraz już wiedziałem, po co zamontowano takie drzwi do domu. Właściciel był wielki, z małą główką na szerokim karku. Na łysej głowie tańczyły tysiące światełek z żyrandola. Twarz nie wyrażała cienia inteligencji ani właściwie żadnego wyrazu. Koszulka zdawała się pękać w szwach, opinając wielkie bicepsy.

— Dzień Dobry, jestem Karina, miło mi Pana poznać…

— Chodźcie za mną, Pan Kapiszon czeka w salonie — przerwał jej, jak się okazało, kamerdyner.

Spojrzeliśmy z Kariną po sobie i ruszyliśmy do salonu na spotkanie gospodarza.

Z obszernego holu przeszliśmy do bogato zdobionego salonu. Otoczony ze wszystkich stron książkami, pełnił funkcję biblioteki, gdzie na środku stało masywne dębowe biurko, a przy oknie znajdowały się skórzane sofy. Na jednej z nich siedział mężczyzna o anatomii podobnej do kamerdynera. Odróżniała go tylko marynarka zarzucona na podkoszulkę.

Gospodarz nie wstał, obrzucił nas znudzonym spojrzeniem i zapytał grubym głosem:

— Czego się napijecie? Whisky, wino, a może piwo?

— Dzień dobry, jestem Karina. Chcielibyśmy porozmawiać na temat konfiguracji maszyn do kopania kryptowaluty i jeśli mogę wybrać, to poproszę wino.

— Ja poproszę sok, prowadzę samochód — powiedziałem i tak zignorowany, bo troglodyta gapił się na Karinę, która owszem zwracała uwagę mężczyzn swoją urodą, ale ten cham wywalał gały, o mało nie śliniąc się.

— Tak, tak — skinął biznesmen na kamerdynera. — Przynieś wino dla Pani. A ty siadaj, tutaj, koło mnie — wskazał dziewczynie miejsce obok siebie.

— Dziękuję — Karina usiadła jednak po przeciwnej stronie małego stolika, a z torby wyciągnęła wydrukowane specyfikacje sprzętu — Mamy kilka konfiguracji przygotowanych do wyboru. Każda jest szczegółowo opisana, a na dole jest cena — podała wydrukowane oferty i dalej elokwentnie starała się tłumaczyć — każda zapewni Panu dużą moc obliczeniową. W ofercie numer jeden można zauważyć…

— Tak, tak — wziął plik kartek i zaczął przeglądać. W międzyczasie kamerdyner przyniósł wino dla Kariny. Oczywiście zapomniał o soku dla mnie.

— Tak, tak — chyba tylko takie słowa znał biznesmen — tak, to chcę.

Podał Karinie jedną z kartek. Zauważyłem, że wybrał konfigurację z najwyższą ceną. Zresztą, kartkując oferty, nie czytał na nich nic ze specyfikacji, tylko cenę na dole. Widocznie było to dla niego najważniejsze kryterium oferty. Mógłbym cenę pomnożyć przez dwa i tak pewnie wybór byłby ten sam. Szkoda, że tak nie zrobiłem, ale teraz już za późno.

— Kiedy możecie przywieźć gotowy sprzęt?

Karina spojrzała na mnie, bo w końcu ja zajmowałem się częścią logistyczną zakupów. Przedyskutowałem to już wcześniej z Robocikiem, który po znajomości załatwił nam odroczony termin płatności w hurtowni. Na całe szczęście, bo nasz klient zamówił sprzętu za ponad sto tysięcy złotych. Konfiguracje, które złożyłem były od ręki dostępne w hurtowni, także realizacja mogła być bardzo szybka.

— Sprzęt możemy dostarczyć za trzy dni, wgranie systemu i programów do obsługi kryptowalut zajmie mi dzień.

— Tak, dobrze, tak. Za trzy dni, okej — można było chyba uznać, że sprzedaż została potwierdzona i skończona. Biznesmen skinął na kamerdynera. Wstaliśmy więc i skierowaliśmy się do wyjścia. Audiencja zakończona. Zostaliśmy zaprowadzeni z powrotem holem do drzwi. Te zatrzasnęły się za nami z niemym szelestem.

Karina spojrzała się na mnie z pytającą miną.

— No co, to chyba dobrze. Sprzedaliśmy ten sprzęt, nie? — zapytałem, otwierając jej drzwi pasażera. — Nie zdążyłaś nawet napić się wina — uśmiechnąłem się, wyluzowany, że wyszliśmy już z tej jaskini lwa.

— Uf, całe szczęście, że tak szybko poszło. Czułam się strasznie nieswojo. Facet mnie tak lustrował, że nie wiedziałam, gdzie schować nogi. Co za prymityw.

— No, prymityw — uruchomiłem silnik — spadajmy stąd.

W drodze powrotnej Karina nie przestawała mówić o sposobie, w jaki urządziłaby taki pałacyk. Mówiła i mówiła. Przerwałem jej dopiero, jak zaparkowaliśmy pod kawiarnią „Krawacik i kawusia”, gdzie umówiliśmy się z Gerardem i Robocikiem.

— Chłopaki, nie uwierzylibyście, jak facet mieszka — od wejścia zaczęła relację. — Prawdziwy pałac, otoczony pięknym ogrodem, w środku basen. Poproszę wino — zwróciła się do kelnerki. — Może w końcu wypiję, bo u faceta niedane mi było — szczebiotała dalej.

— Poproszę sok ananasowy — złożyłem zamówienie. — Może teraz w końcu dostanę — uśmiechnąłem się do Kariny. — No, chłopaki, nie zgadniecie, którą ofertę wybrał… najdroższą!

— W ogóle się nie targował. Nawet nie wyglądał na takiego, kto umie czytać — Karina była ucieszona. Każdy z nas chciał, żeby na tej transakcji to ona jak najwięcej skorzystała. Wiedzieliśmy, jak potrzebne są jej te pieniądze. — Wyglądał raczej na troglodytę, co tylko żelastwo umie przerzucać i obłapiać panienki na dysko…

— Co?! — poderwał się Gerard na równe nogi. Wydawało mi się, że walnie pierwszego lepszego faceta pięścią w zęby. Na pewno rozszarpałby teraz biznesmena-osiłka na strzępy — Czy on próbował cię dotykać?! Zatłukę gnoja.

— Kotuś, siadaj. Nie bądź taki zazdrosny. Nie próbował niczego, tylko się gapił. Chyba nie zabronisz wszystkich facetom się na mnie patrzeć, co?

Gerard groźnym wzrokiem omiótł wszystkich mężczyzn wokoło, a że głos miał basowy, to też wszyscy się na niego patrzyli. Jednak natychmiast spuścili wzrok na swoje talerze, ponieważ jego postura wzbudzała pewien respekt. Usiadł z gniewną miną.

— Co mi strzeliło do głowy, żeby Cię samą puszczać do jakiegoś biznesmena zboczeńca. Koniec! Od dzisiaj koniec z samotnymi wyjazdami.

— Phi, nie byłam sama. Byłam z Mathim.

No i olbrzym przerzucił swój gromowładny wzrok na moją spokojną osobę. Na szczęście kelnerka przyniosła zamówiony sok, także zmieniłem szybko temat.

— Robocik, jutro bierzemy sprzęt z hurtowni i instalujemy system. Będziemy potrzebować kredytu na kupno części. Na ile dni odroczą nam płatność?

Resztę rozmowy spędziliśmy na ustaleniach. W tym czasie Gerard zdążył ochłonąć. Wybuchy zazdrości o Karinę bywały u niego częste. Sama dawała mu ku temu powody, ciesząc się z atencji mężczyzn. Jednak nigdy nie pozwoliła sobie na nic więcej.

Nazajutrz cały sprzęt z hurtowni odebrałem z pomocą Robocika. Tak jak mówił, wszystko było ustalone wcześniej i dostaliśmy odroczony termin płatności, czternaście dni. Trzeba było tylko przekonać biznesmena do jak najszybszej zapłaty. Może Karinie uda się go nakłonić, żeby zapłacił od razu przy dostawie? Konfiguracja i wgranie systemu zajęło mi kilka godzin. Nie była to zbyt trudna praca. Robiłem ją już kilkukrotnie, konfigurując kopalnię dla znajomych i Kariny, którą teraz trzymała w strasznej piwnicy.

Karina umówiła dostawę na godzinę dziewiętnastą. Tym razem zazdrosny Gerard uparł się, że pojedzie z nami. Namówiłem również Robocika, żeby pojechał, w razie problemów sprzętowych.

Punktualnie wjeżdżaliśmy alejką do pałacyku. Tak, jak poprzednim razem i teraz nie widać było nikogo wokół, ale jacyś ludzie musieli tu przebywać, o czym świadczyła ilość zaparkowanych samochodów marki BMW.

Pięknie zdobione drzwi wejściowe otworzyły się automatycznie i weszliśmy do holu, gdzie powitał nas wcześniej poznany kamerdyner. W myślach nadałem mu przezwisko „wielki biceps”.

— Dzień dobry, miło mi Pana znów widzieć — rozpoczęła Karina — gdzie możemy instalować sprzęt? Czy jest pan Kapiszon?

— Za mną — kamerdyner łypnął okiem na Karinę i zmierzył wzrokiem Gerarda. — Tędy.

Poszliśmy korytarzem, obok basenu, jednak tym razem nie do salonu, ale schodami w dół. Weszliśmy do pustego pomieszczenia, gdzie jedynym wyposażeniem był duży stół, przedłużacz i przyczepiony kablem do ściany router.

— Tutaj zostawcie komputer, Kapisz… Pan Kapiszon zaraz przyjdzie.

— Dziękuję. Kotuś, czy mógłbyś przynieść wszystko? — zwróciła się Karina do Gerarda, gdy tymczasem z Robocikiem przyglądaliśmy się już routerowi, żeby tylko wymigać się od noszenia.

Gerard sprawnie uwinął się z noszeniem ciężkich stelaży, na których w równych rzędach poukładałem karty graficzne z wydajnymi układami GPU stanowiącymi serce kopalni.

Konfiguracja zajęła mi dwie godziny. Sprawdziłem działanie oraz połączenie do giełd kryptowalut i włączyłem kopanie. Miło było popatrzeć na maszynę w działaniu. Jej moc obliczeniowa była ogromna. Diody mrugały rytmicznie, a szum systemu chłodzenia przynosił mi na myśl pomruk prawdziwej maszyny górniczej. Ilość ciepła, jaką wydzielały procesory, była małą namiastką pieca hutniczego.

— Skończone — zakomunikowałem z nutką triumfu w głosie i wstałem od stołu. Byłem naprawdę zadowolony z mojej pracy. — Czy Pan Kapiszon chce zobaczyć swoją maszynę w działaniu? — zwróciłem się do kamerdynera, który przez całe dwie godziny nie odrywał wzroku od swojego telefonu.

— Ta, już idzie. — Przyłożył komórkę do ucha i oznajmił po połączeniu — skończone.

Po chwili biznesmen wszedł wolnym krokiem i zaszczycił nas swoją obecnością.

— No i jak? Działa wszystko? — zapytał.

— Dzień dobry panie Kapiszon — zaczęła rozmowę Karina — wszystko działa, jest super. Sprzęt został skonfigurowany, sprawdzony przez nas i włączony do działania. Obecnie rozpoczął już pracę system obliczeń…

— Tak, dobrze — swoim zwyczajem przerwał jej w połowie zdania. — Dobrze.

— Proszę zobaczyć, na monitorze pokazany jest procent zaawansowania prac i stan systemu. Można sprawdzić temperaturę i parametry — niezrażona kontynuowała. — Czy możemy przejść do wyjaśniania, jak obsługiwać system?

— Tak, dobrze… to znaczy nie, nie musicie. Niech sobie tutaj stoi.

— Ale to nie jest skomplikowane… — zaczęła namawiać, jednak widząc wzrok biznesmena, zrezygnowała. — Czy możemy porozmawiać na temat płatności? Tutaj jest przygotowana faktura, na której wpisałam termin płatności siedem dni. Czy możemy liczyć na sprawne załatwienie płatności?

— Tak, dobrze, zapłacę teraz. Poczekajcie tutaj — skinął na kamerdynera, który dziwnym trafem stał w drzwiach.

Spojrzeliśmy po sobie lekko zdziwieni. Co za szczęście nas spotkało i bez żadnych problemów klient zapłaci za fakturę od ręki. Byłem zadowolony, że ta sprawa dobiega już końca i że Karina dostanie tak szybko pieniądze za sprzedaż.

— Ładny tatuaż — wskazał Gerard na przedramię kamerdynera i uśmiechnął się zaczepnie. — Pod celą go robiłeś?

O jasna cholera, jeszcze tego brakowało, żeby się tutaj pobili. Muszę wspomnieć, że zaczepianie dużych drągali to ulubiona rozrywka naszego atlety. Nie widziałem nigdy, jak się bije, ale Karina opowiadała, że już w szkole średniej stał na bramkach w wiejskich dyskotekach i różne rzeczy się tam działy. Wierzę, że nie miałby problemu, aby pokonać kamerdynera, który swym wyglądem przypominał raczej górę mięsa, a Gerard o posturze atlety był bardzo wysportowany i silny.

Kamerdyner zakołysał się tylko i na szczęście zignorował przytyk. Tymczasem wrócił biznesmen.

— Tak, dobrze, to jest wydruk z banku… przelew — podał papier.

Spojrzałem na kartkę, dane się zgadzały. Skąd uzyskał natychmiastowe potwierdzenie przelewu? Może zapłacił sesją ekspresową. Nie zastanawiałem się, tylko cieszyłem, że już wszystko załatwione. Jak tylko wyjedziemy za bramę, to będę w pełni szczęśliwy.

— Za mną — powiedział kamerdyner i wróciliśmy na górę do holu. Drzwi się otworzyły i powiało przyjemnym nocnym wiatrem. Czułem jak lekko mi teraz na sercu. W końcu.

Wyjechaliśmy za bramę i każdy z nas odetchnęło głośno. Spojrzeliśmy po sobie i poczułem szczęście wiszące w powietrzu. Karina włączyła wesołą muzykę i tak szczęśliwi, razem, jechaliśmy sobie ku miastu mieniącemu się tysiącem barw.

Trzecia część opowiadania pod tytułem „Oszuści nabrali nas” >>