Niedziela wolna od handlu w powieści

Wyobraź sobie taką scenę. Jest słoneczna wolna niedziela, trzynastego maja i na środku marszałkowskiej ląduje UFO. Z pojazdu wychodzi zielony ludzik i zaczepia policjanta, przybyłego na miejsce w celu kierowania ruchem.

— Pi, pi, potrzeba nam zielonej pietruszki — ludzką mową zagaduje ufoludek. — Potrzeba szybka uzupełniać zapasy.

— Ale jak to pietruszki? — z zafrasowaną miną zapytuje policjant. — Zielonej?

— Nie rżnąć głupa — puka się Marsjanin w czoło. — Pietruszka potrzebna nam!

— Ale skąd ja mam wziąć pietruszkę? Jest niedziela i wszystkie sklepy są zamknięte. — Wyraźnie czerwony na twarzy, w geście bezradności rozkłada ręce stróż prawa.

— Dajesz pietruszka, my nie zniszczyć ziemia! — odwraca się kosmita i rzuca na odchodne — macie dziesięć minut.

— Poczekaj, chwileczkę, panie zielony — nie daje się zbyć ziemianin — a może w Żabce, tam jest dzisiaj otwarte. To tutaj. Za rogiem. Tylko przeparkuj pan ten statek, bo blokuje ruch.

Tak, to dzielny młodszy posterunkowy Zawada ratuje ziemię przed zniszczeniem. Niewyobrażalny koniec był blisko, ale otwarta Żabka była bliżej.

Wolna niedziela w zamierzchłych czasach.

Zdrożony Gerald z Rivii wkroczył dziarskim krokiem do Novigradzkiego wyszynku.

— Karczmarzu! Dzban piwa dla mnie i mego towarzysza Jaskra — wykrzykuje od progu. — Ino, żywo.

— Czy podać udziec dzika do popitki? — uniżenie zapytuje dziewka, przynosząc dzban.

— A jakże, podawaj chyżo. — Bard wkroczył do izby.

— Karczma twa zacna, ale wskaż mi miły człeku, gdzie ja mogę nabyć ziół na eliksir alchemiczny? — Gerald przechylił się do ucha karczmarza. — Kompan mój ranny i wieczora nie dotrwa, jak mu nie nawarzę jaskółczego wywaru. Gdzie tu zielarkę macie?

— Mości panie, nie męcz swego ciała umęczonego drogą. Bacz, że dziś niedziela, dzień wolny od handlu. Zielarka dzisiaj zamkła swą chatę i pojechała na zielone łąki. Swe stare gnaty prostować. Ani wygrzewa się ona na słonecznych wzgórzach nieopodal miasta.

— Jakże to tak, to gdzie mi dane będzie nabyć ziela? — zafrasowany wiedźmin podrapał się po plecach.

— Czcigodny panie rycerzu, nie mnie to wiedzieć. Wszystkie zielarki w naszym księstwie mają wolną niedzielę.

Tak to zginął, niegodną śmiercią, krasnolud odważny Zoltan z Mahakamu.

Wolna niedziela w grach komputerowych.

Nie opiszę tutaj żadnej scenki, ale wyobraź sobie, że grasz w grę, strzelankę pokroju Counter Strike. Masz do wykonania misję i potrzebujesz specjalistycznego karabinu snajperskiego. A tutaj akurat w grze jest niedziela, sklep z bronią nieczynny.

Tak wychodzi, że na akcję idziesz z AK-47, który jest strasznie niecelny na dalszych dystansach. Musisz dostawać strategię i podejść przeciwnika, zasypując go gradem pocisków kalibry siedem sześćdziesiąt dwa milimetra.

Zmiana strategii.

Poza jednym przypadkiem biednego krasnoluda zmiana strategii i przyzwyczajeń przynosi pożądane efekty. Wyciągając z tego racjonalne wnioski, wolne niedziele można przeżyć, tylko trzeba zmienić podejście lub zaplanować zakupowy harmonogram wcześniej. Karabin snajperski warto mieć zawsze w arsenale i zakupić go, na przykład w sobotę.

Wolna niedziela w prozie?

Przeczytałem w życiu wiele książek, lecz nigdzie, oprócz tych opisujących realia życia w socjalistycznej Polsce, nie trafiłem na motywy wolnej niedzieli. Sklepy w prozie są zawsze otwarte i zawsze mamy dostępny pełen asortyment.

Jednak wolna niedziela daje tyle możliwości skomplikowania fabuły. Nasz protagonista może potrzebować czegoś ze sklepu w celu wykonania misji lub pokonania antagonisty. Następuje presja czasu, fabuła się komplikuje i mamy możliwość wprowadzić dodatkowy wątek.

Tyle niewykorzystanych możliwości się marnuje, czekając tylko na autora, który pierwszy wykorzysta motyw wolnej niedzieli w swojej książce.